Zawodnicy oceniają V rundę BMW-Challenge

Paweł Roszek: “Jadąc do Koszalina wiedziałem, ze będą to nietypowe zawody.. poprzedni rok pokazał, że wyjazd do Koszalina wiąże się nie tylko z emocjami na zawodach, ale także z emocjami podczas wakacyjnej integracji:) Dla mnie zawody były jednak tak emocjonujące, że na wieczorne “zmagania” z osławionym już SENSO, a nawet z ABcupowym grillem po prostu zabrakło mocy w akumulatorach. No ale po kolei.
Zawody rozpoczął jak zwykle bardzo intensywny trening. Po założeniu nowego typu ogumienia i rozgrzaniu nieco auta ruszyłem na odcinek testowy. Jak się okazało teren na którym miały być rozgrywane zawody jest po prostu niesamowity. Bardzo fajne, typowo oesowe, leśne fragmenty dały możliwość zaznania naprawdę sporej adrenaliny. Jak się niestety niebawem okazało źródłem adrenaliny była nie tylko trasa, ale i otaczający ją plener
Przejazdy testowego odcinka sprawiały mi na tyle dużo radości, że chyba zbyt szybko zdecydowałem się na jazdę “pełnym ogniem”. Na jednym podwójnie zaciskającym się, lewym zakręcie niestety nie udało się zmieścić w drugi zacisk i auto dość żwawo opuściło drogę lecąc prawą stroną w drzewa. Wzniosło się trochę kurz, a potem narobiło sie trochę huku i to by było na tyle:) Pozostało wysiąść z auta i ocenić straty, ale zanim to zrobiłem do auta dość intensywnie zaczął się wdzierać dym i zapach znany dotychczas z pieczenia kiełbaski wieczorem przy ognisku:) Żarty jednak się skończyły, gdy z prawej strony auta pojawiły się płomienie, a zakleszczony w zaroślach samochód za nic w świecie nie dał się uruchomić, a próby jego wypchnięcia z zaprószonego przez rozgrzany układ wydechowy “ogniska” nie dawały żadnego rezultatu. Na szczęście nauczony już doświadczeniami kolegi ZBEREGO z zeszłorocznych Bednar wyposażyłem swoje auto w gaśnice 2kg, bez której nie mam wątpliwości z auta nie zostało by nic poza opalonym szkieletem karoserii. Na szczęście udało się ogarnąć płomienie zanim na dobre złapały samochód i poza lekkim przypaleniem i pogniecionym bokiem auto było “całe” i przede wszystkim nadawało się do kontynuowania, a właściwie rozpoczęcia zawodów
Same zawody też obfitowały w moc atrakcji
Odcinki były po prostu mega! Zdecydowanie pod względem tras najlepszy teren i jego wykorzystanie przez organizatorów w całym cyklu. Próby sportowe podczas V rundy przebiły nawet niezagrożone do tej pory pod względem swojej atrakcyjności trasy znane z lotniska w Bednarach. Kto był ten wie i chyba z tego co komentowane było miedzy zawodnikami nie sądzę, aby ktoś ze startujących się z ta opinią nie zgodził. Żałować tylko trzeba, że teren ten nie jest bardziej intensywnie wykorzystywany przez lokalnych zawodników, bo nie ma co ukrywać frekwencja wśród lokalnych zawodników zdecydowanie zawiodła. Żałować również należy, że lotnisko w Zegrzu Pomorskim jest tak daleko, bo chętnie nad intensywnością jego eksploatacji bym popracował
Zawody mimo treningowych przygód szczęśliwie udało się ukończyć, a po wielu perturbacjach udało się je nawet wygrać z czego oczywiście jestem bardzo zadowolony
. Nie mogę nie podziękować rywalom za świetną rywalizację. Było naprawdę super. Mam nadzieję, że następnym razem również uda mi się włączyć do walki. Następna runda 14 sierpnia i tam biorąc pod uwagę treningowe przygody z IV i V rundy założeniem priorytetowym będzie nie wpakowanie się w tarapaty już na treningu:)
Trochę żałuje, że po całym, obfitującym w “gorące” przeżycia dniu zmagań w ponad trzydziestostopniowym upale nie starczyło mi sił na wieczorną, intensywną integracje, ale może uda się to nadrobić przy okazji kolejnego spotkania
Dzięki wszystkim jeszcze raz i do zobaczenia!!!”
Marcin Staniszewski: “Runda “Koszalińska” – z przykrością muszę to powiedzieć, ale jest już za nami
Zastanawiam się od czego mam rozpocząć moją relację, ale START będzie taki, SUUUUUUPEEEEER FAJNY WEEKEND ! Jak dla mnie to cały weekend składał się z trzech etapów: PODRÓŻ, ZAWODY, INTEGRACJA ! Opiszę kolejne etapy każdy z osobna, bo naprawdę są tego warte.
PODRÓŻ:
W piątek rano odebrałem od kolegi Vito, które towarzyszyło nam przez cały weekend. Jednak zanim wyjechaliśmy z Poznania to przez ok. 1,5h opróżnialiśmy butlę z gazem, z której to ulatniał się gaz !
Nawet boję się zastanowić co by było gdybyśmy ominęli tę fazę i od razu ruszyli w podróż do Koszalina, która trwała by do pierwszego papierosa zapalonego przez Dziubiego (Marcina) mojego Przyjaciela, którego wszyscy już mieli okazję poznać podczas rundy w Ułężu. W trakcie jak staliśmy i spuszczaliśmy gaz dojechał do nas Marcin Piątek. Po ok. godzinie w końcu wyruszyliśmy w podróż do Koszalina, zaopatrując się w odpowiednie zakupy podczas tankowania na stacji BP.
Jechaliśmy trasą Szamotuły, Wałcz, Czaplinek … i szerokim stepem przed Niegoszczem, której to drogi nigdy nie zapomnę
W końcu przed północą udało nam się dojechać do Hotelu Brydar, w którym to już wszyscy zawodnicy byli zakwaterowani. Po kilku napojach wyskokowych ok. 4:30 poszliśmy spać…
ZAWODY:
Dzień zawodów rozpoczął się ok. 8:00 rano, kiedy to po śniadaniu musieliśmy jeszcze chwilę poczekać, aby opadły nam “nocne emocje”… W końcu ok. 9:30 wyjechaliśmy z hotelu w kierunku lotniska w Zegrzu Pomorskim. Po dojechaniu na miejsce, rozpakowaliśmy samochody, które czekały już na nas na lotnisku, założyliśmy odpowiednie opony, sprawdziliśmy ciśnienie, paliwo, olej i ruszyliśmy na trening. Upał dawał się wszystkim mocno we znaki, dlatego trzeba było oszczędzać opony. Po przywitaniu wszystkich i odprawie stanęliśmy na linii startowej do pierwszego odcinka. Na drogach dojazdowych w lesie znacznie nadrabiałem, jednak później trochę traciłem na płycie lotniska, ale w rezultacie po pierwszych trzech przejazdach byłem z siebie zadowolony. Do elity i “starych wyg” klasy SPORT nie mogłem się porównywać, ale klasyfikowałem się na początku drugiej połowy “SPORTOWCÓW”
)) Następnie miała miejsce zmiana trasy. Odcinki bardzo szybkie i wymagające większych umiejętności, których na razie jeszcze niestety nie posiadam… No i dwie szykany, o których było głośno podczas zawodów. Nie będę już tego komentował, bo wszystko zostało powiedziane na miejscu, ale proszę tylko o wyciągnięcie wniosków na przyszłość przez organizatorów
Przez pierwsze trzy przejazdy na drugim odcinku nie mogłem w żaden sposób się odblokować psychicznie. Kręciłem czasy na poziomie 2:43:650 czyli z 10 sec stratą do moich rywali z drugiej połówki klasy SPORT. Trudno tak się stało i tak było do ostatniego przejazdu, w którym to wiedziałem, że i tak już zostanę sklasyfikowany na ostatnim miejscu klasy SPORT, więc postawiłem wszystko na jedną kartę, postawiłem na “zero w ruletce” i w końcu “ABSy mi puściły” i wykręciłem czas na poziomie 2:35.431 czyli bardzo pozytywny jak na moje umiejętności. Jednak i tak było już po zawodach, które to ukończyłem niestety w klasie SPORT na ostatnim miejscu, a w generalce na przed przedostatnim. Chyba dało mi się lekko we znaki “zmęczenie” piątkową trasą do hotelu i doskwierający upał podczas zawodów, który momentami był nie do zniesienia.
INTEGRACJA:
Hm…
Idea zrobienia integracyjnego grilla była wprost znakomita ! Uważam, iż takie spotkania powinny towarzyszyć każdej rundzie, a nie tylko rundy “Koszalińskiej”, bo w końcu spotykamy się tylko 8 razy w roku na zawodach. Jarek w roli grillowego spisał się wyśmienicie. Jacek w końcu się “wyluzował” po cało dniowych emocjach, a momentami na lotnisku widać było, że “para z uszu” Jackowi leciała
Integracja była po prostu SUPER ! Dla co niektórych skończyła się SENSOwnie ok. 6:00 rano kąpielą w Bałtyku. Dla co niektórych zarówno niedzielny poranek jak i cały dzień również potoczył się baaaaaaardzo miło i wesoło – Koledzy w tym miejscu bardzo Wam dziękuję, gdyż dawno się tak dobrze i na takim luzie nie bawiłem !
A teraz zbieram energię, ładuję “akumulatory” i szykuję ISkę na rundę w Bendarach ! I rzucam hasło, abyśmy równie fajnie zintegrowali się podczas nadchodzących zawodów, część roli organizatora mogę wziąć na siebie
”
Adrian Wichuła: “Ahh Koszalin… Po raz drugi przekonałem się, że zawody BMW-Challenge to nie tylko sportowa rywalizacja na najwyższym poziomie, ale również społeczność tworzona przez zawodników, do której jak raz się przyłączysz, nigdy nie będziesz chciał jej opuścić.
Już same zawody stanowią nie lada atrakcję. Tym razem organizatorzy przeszli samych siebie. Ułożyli próby bardzo zróżnicowane technicznie. Nie jechaliśmy tylko między oponami i taśmami wytyczającymi trasę na otwartych przestrzeniach lotniska, ale też wązkimi ścieżkami w lesie, o szerokości nie wiele większej od samochodu, z piachem i “syfem”z lasu po bokach, dopadająć do szykan z prędkościami jeżącymi włos na głowie i naprawdę niewielkim marginesem błędu. Klimat typowo oesowy. Ślepe zakręty, trawa i drzewa ograniczające widoczność, beton, kamienie, jakieś konary czające się w trawie na zbyt głębokich cieciach, oślepiające z nienacka słońce na dochamowaniu przed niejednym winklem… takiego challenge’a jeszcze nie było. Około 40km samego ścigania (około bo nie liczyłem) plus trening dają jakieś 60 km ostrego upalania na odcinkach. Do tego pomiary czasu za pomocą chip’ów i opieka medyczna, które są już standardem na tych zawodach stanowią o bezkonkurencyjności imprezy w cenie tak nieskiego wpisowego. Zeszłoroczni mistrzowie służyli radą dla chętnych niejednokrotnie zasiadająć na pozycji pilota. Krótko mówiąc – full service!!
A teraz druga strona medalu. Po zakończeniu zawodów impreza integracyjana, która jest już legendą. Tegorocznie uraczono nas w uroczym hotelu Brydar nieopodal Mielna. Grilowane mięsko, piwo i kto wie, co tam jeszcze było…
Pogoda dopisała. Przy jednym stole zasiedli czynni zawodnicy i mistrzowie z lat ubiegłych, organizatorzy oraz osoby, które przyjechały z czystego sentymentu. Do późnych godzin nocnych debatowaliśmy o zawodach, sprzęcie, istotnych sprawach, które wymagają zastanowienia i poprawy w przyszłości oraz o tych zupełnie trywialnych, przy których można było się nieźle usmiać. Każdy zawodnik to indywiduum, każdy ze swoją historią, kążdy skąd inąd “…bawili się społem, aż zasnęli gdzieś pod stołem”. A wcale nie! Bo część towarzystwa, która mogła i była jeszcze w stanie przeniosła się (i to też już stało się tradycją) do dystkoteki “Senso” w Mielnie…
Piękne kobiety, muzyka, tańce, drinki, dalszy ciąg “bratania”… nie da się tego wszystkiego opisać słowami. Poprostu trzeba tam być i przeżyć to samemu. Nie wiadomo kiedy zastał nas świt. Orzeźwiająca kąpiel w Bałtyku przy blasku porannego słońca, powrót do hotelu, krótka drzemka i ponownie spotkaliśmy się na basenie hotelowym. Muzyka, słońce opowieści ciąg dalszy… to wszystko pamięta się jeszcze długo długo po zawodach. Klimat niesamowity, nowe kontakty… i możnaby powiedzieć, że jest to tylko impreza amatorska, nie są to żadne “mistrzostwa świata”, chociaż… w pewnym sensie są
Z przykrością słucham wypowiedzi, że impreza jest nierentowna i jej ponowne zorganizowanie za rok stoi pod dużym znakiem zapytania (niska frekwencja szczególnie w klasie hobby). Oczywiście nie jest to najtańsza z rund. Ale nie jest też nieosiągalna. Dla mnie całkowiety koszt (przyjazd na kołach rajdówką z Jeleniej Góry, udział w zawodach, i wszystkie te dodatkowe atrakcje, o których pisałem powyżej plus powrót również na kołach) to koszt półtorej rundy np. w Bednarach, a wrażenia… nieporównywalne. Polecam!!”
Czekam na Wasze wypowiedzi, podsyłajcie je na maila: agniess@kujawa.org.pl





























Brak komentarzy »